Momentem przełomowym stało się dla mnie spotkanie „Odry” z „Legią” i nasze niespodziewane zwycięstwo 5:3. 29 października 1978 rok – to jedna z tych dat, którą każdy stary kibic naszego klubu będzie pamiętał do końca życia. To właśnie wtedy rozpoczęła się na dobre moja przygodą z „Odrą”. Spotkanie ze stołeczną jedenastką to pierwszy mecz, który naprawdę świadomie przeżyłem. Tuż przed nim ojciec cały czas powtarzał z przekonaniem, że „Odra” na pewno wywiezie ze stolicy dwa punkty. Utrzymywał, że „Odra” jest w świetnej formie (przed tym meczem wygraliśmy pięć spotkań z rzędu!), ponadto powtarzał, że mamy patent na „Legię”. Po latach sprawdziłem to sobie i faktycznie – w latach 70. w meczach ligowych często ogrywaliśmy „Legię”, niejednokrotnie w bardziej przekonywujący sposób niż w tym najsłynniejszym spotkaniu. W ciągu całej tej dekady przegraliśmy z nimi tylko dwa ligowe spotkania. W trakcie trwania pierwszej połowy siedzieliśmy przy radioodbiorniku i czekaliśmy na wieści ze stadionu. Jeśli pamięć mnie nie myli było to „Studio S-13”. Jak wiadomo po pierwszej połowie przegrywaliśmy 0:2. Co ciekawe, na moim ojcu wynik nie zrobił wielkiego wrażenia. Nadal utrzymywał, że Odra wygra to spotkanie! Ja nie miałem raczej złudzeń. Drugą połowę oglądaliśmy w telewizji. Niewiele pamiętam z tej części. Jakieś drobne fragmenty, pojedyncze akcje. Z bramek, jak przez mgłę, kojarzę tylko gola Deyny i jedno z trafień Alfreda Bolcka. Ojciec po meczu był podwójnie zadowolony. Do dzisiaj nie rozumiem do końca, skąd brała się ta jego pewność. Nigdy nie był jakimś chodzącym optymistą. Statystyki meczów z „Legią”? Intuicja? A może wiara w to, że drużyna Piechniczka tak się rozpędziła, że w rundzie jesiennej już nikt jej nie zatrzyma? Trudno dociec. Tak czy inaczej, był to magiczny dzień, którego nigdy nie zapomnę.
Z ogromną przyjemnością odświeżyłbym sobie relacje ze starych meczów „Odry”.


Nie widziałem żadnego meczu z sezonu 1979/1980. Było to pewnie związane z tym, że mój ojciec nie uczęszczał już na stadion przy ulicy Oleskiej. Runda wiosenna w 1979 roku była dla niego dość traumatyczna i pewnie dlatego wyleczył się oglądania na żywo piłkarskiej ekstraklasy. Tak, jak pisałem wcześniej, nie był on jakimś wielkim pasjonatem „Odry”, tym bardziej, że nie pochodził z Opola. Dzięki „Trybunie Odrzańskiej” znałem na bieżąco wszystkie wyniki, czytałem relacje ze spotkań. Od czasu do czasu kupowałem także „Sport”. Ten sezon nie utkwił mi jednak jakoś szczególnie w pamięci. Istotnym przełomem była dla mnie jesień 1980 roku. Wtedy to bowiem po raz pierwszy udałem się sam na Oleską, aby śledzić poczynania naszych zawodników. Dokładnie było to w środę 8 października 1980 roku. Miałem niesamowite szczęście, gdyż trafiłem akurat na mecz, w którym „Odra” odniosła jedyne zwycięstwo w tej rundzie, w dodatku zdecydowane 3:0. Z drużyny ŁKS-u pamiętam najlepiej Stanisława Terleckiego, którego kojarzyłem już z wcześniejszych meczów reprezentacji. W tym czasie na mecze chodziło już stosunkowo niewielu kibiców. Było to nieporównywalne z tym, co działo się jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej. Głównym problemem były oczywiście słabe wyniki drużyny. Po odniesieniu zwycięstwa z ŁKS-em udało nam się wydobyć ze strefy spadkowej. Niestety tylko na jedną kolejkę, bowiem w następnym spotkaniu ulegliśmy na wyjeździe „Stali” Mielec 0:2 i spadliśmy na ostatnie miejsce w tabeli.
W sezonie 1980/1981 nasza drużyna była znacznie osłabiona. Odeszło kilku zawodników niezwykle istotnych dla „Odry”. Miało to oczywiście swoje reperkusje. W tym czasie, podobnie jak wielu kibiców, nie przepadałem za „Śląskiem” i „Legią”. W moim przypadku nie miało to jednak nic wspólnego z kibolskimi resentymentami. Nigdy nie rozumiałem, skąd brała się na przykład nienawiść między kibicami drużyn z tego samego miasta (choćby „Legii” i „Polonii”). Dla mnie był to czysty surrealizm. Z dużym dystansem podchodziłem też do sympatii i antypatii wobec innych klubów. „Wojny” i „zgody” z kibicami innych drużyn był to temat, który specjalnie mnie nie kręcił. Mnie interesowała tylko piłka nożna, a dokładnie losy mojej ukochanej drużyny, czyli „Odry”. „Śląska” nie lubiłem, ponieważ w 1980 roku zabrał nam dwóch podstawowych obrońców (Romana Wójcickiego i Pawła Króla), co w niemałym stopniu przyczyniło się do naszej degradacji w 1981 roku. W tamtych latach odbierałem „Legię” i „Śląsk” jako kluby, które postępowały nie fair wobec innych, mogły bowiem ściągnąć sobie dowolnego piłkarza w wieku poborowym, nie licząc się zupełnie z tym, czy chce on grać w ich drużynie. Mało tego, nie płacili zupełnie nic klubom, którym danego zawodnika podebrali. Swego czasu Engelbert Jarek doświadczył podobnych praktyk. W tym przypadku chodziło o „Legię”, która zagięła na niego parol. Na szczęście, dzięki znajomemu lekarzowi udało mu się zdobyć papiery zaświadczające o tym, że choruje na serce. Gdyby nie to, wbrew własnej woli trafiłby na Łazienkowską. W 1980 roku Wójcicki i Król także nie chcieli odchodzić z „Odry”. Dostali jednak propozycję „nie do odrzucenia” - „Legia” albo „Śląsk? W sezonie 1979/1980 mieliśmy razem z „Szombierkami” zdecydowanie najlepszą defensywę w ekstraklasie. Były to jedyne kluby, które straciły mniej niż 30 bramek (dokładnie 26). Tymczasem w sezonie 1980/1981 bez Wójcickiego, Króla i Młynarczyka straciliśmy 43 gole! Więcej bramek dały sobie wbić tylko „Stal” Mielec i „Motor” Lublin. Nie znaczy to oczywiście, że za degradację „Odry” odpowiadał tylko „Śląsk”. Przyczyny zapaści naszego klubu były dość złożone i nie sposób sprowadzić ich tylko do ubytków kadrowych. Niemniej odejście Wójcickiego i Króla było z pewnością jedną z najistotniejszych przyczyn degradacji do II ligi. Swoje zrobiło także odejście Józefa Młynarczyka do „Widzewa”. Było to poważne osłabienie drużyny, gdyż jego zmiennicy Szczech i Kapica prezentowali znacznie niższe umiejętności. Kulisy odejścia Młynarczyka opisał kiedyś dokładnie Juliusz Stecki w obszernym artykule na łamach „Trybunie Opolskiej”. Cała ta sprawa pokazała dość wyraziście, że ówcześni działacze „Odry” nie grzeszyli nadmiernym profesjonalizmem. Będzie to zresztą jedna z istotnych przyczyn zapaści klubu w latach 80.
Począwszy od rundy wiosennej w 1981 roku zacząłem już regularnie sam chodzić na mecze. W pierwszej kolejce przyjechał do nas rewelacyjny beniaminek z Gdyni. „Bałtyk” po rundzie jesiennej był wiceliderem, natomiast my, już z nowym trenerem (trzecim w tym sezonie!), Grzegorzem Polakowem łudziliśmy się jeszcze, że zdołamy uniknąć degradacji. Runda jesienna nie napawała optymizmem – 15 spotkań i zaledwie 7 zdobytych punktów. Pamiętam wywiad z „Trybuny Odrzańskiej” z Polakowem, jeszcze przed rozpoczęciem sezonu. Sprawiał dobre wrażenie. Zapewne część kibiców wierzyła jeszcze w odrodzenie „Odry”, bo na stadion przyszła rekordowa ilość widzów w całym sezonie 1980/1981 – około 7 tysięcy. Byłem między nimi także i ja. Pogoda tego dnia była piękna. Mecz był dość wyrównany, „Odra” miała swoje szanse, jednak „Bałtyk” sprawiał nieco lepsze wrażenie. Szczególnie dobrze prezentował się młodziutki, niespełna dwudziestoletni Piotr Rzepka, który w drugiej połowie zdobył jedyną bramkę w tym spotkaniu. Oddał ładny strzał z odległości nieco ponad 20 metrów. Szczech nie zdołał go obronić, pomimo rozpaczliwej interwencji. To najstarszy gol strzelony na stadionie przy ulicy Oleskiej, jaki pamiętam. Piotr Rzepka wiele lat później przez pewien czas był szkoleniowcem „Odry”, ale to już zupełnie inna historia. Po tym spotkaniu nasza sytuacja była już wręcz dramatyczna, tym bardziej, że zapunktowali nasi sąsiedzi w tabeli - „Lech” Poznań i „Górnik” Zabrze. Po dość gładkiej porażce z „Widzewem” w Łodzi 1:3 (do dzisiaj pamiętam znamienny tytuł z „Trybuny Odrzańskiej” po tym spotkaniu - „Biednemu wiatr w oczy”) i hat tricku Krzysztofa Surlita bardzo liczyłem na dwa punkty w następnej kolejce, ponieważ przyjechał do nas lubelski „Motor”. Ten mecz przypadł mi do gustu, bowiem obfitował w nagłe zwroty akcji i przyniósł wiele bramek. „Odra” miała w nim wzloty i upadki – najpierw dość szybko strzelony gol Adamca, potem samobój tego samego zawodnika, kapitalny początek drugiej połowy ukoronowany bramkami Misiowca i Tyca, rychła odpowiedź „Motoru” w postaci trafienia Walczaka. Ostatnie minuty były bardzo nerwowe, ale udało nam się dowieźć zwycięstwo 3:2 do końca. Lublinianie niczego szczególnego w Opolu nie pokazali. Dziwiłem się nawet, jak to jest możliwe, że zajmują miejsce niemal w środku tabeli. Po tym zwycięstwie znowu pojawiło się światełko w tunelu. Niestety tydzień później przegraliśmy bardzo ważny mecz z „Ruchem” w Chorzowie 0:1. Pogrążył nas w drugiej połowie Albin Mikulski. Co ciekawe, on także w przyszłości będzie trenerem naszej drużyny.
Meczem ostatniej nadziei zdawał się być pojedynek z sosnowieckim „Zagłębiem”, które również dramatycznie walczyło o utrzymanie. W tym czasie zajmowało przedostatnie miejsce w tabeli. Mecz nie stał na oszałamiającym poziomie, był bardzo nerwowy. „Zagłębie” objęło prowadzenie po strzale Zarychty. Tuż przed przerwą wyrównał Alfred Bolcek. Zwycięskiego gola w drugiej części spotkania strzelił z rzutu karnego Andrzej Przenniak. To jedyny gol z tego spotkania, który pamiętam do dnia dzisiejszego. Radość była ogromna. Na widowni zasiadła niewielka grupka kibiców z Sosnowca, dopingując swoją drużynę. Nasi odnosili się do nich z nieskrywaną wrogością. Jeśli dobrze pamiętam to już w czasie tego meczu pojawiała się znana przyśpiewka „'Zagłębie' gołębie, sosnowieckie psy”. „Zagłębie”, podobnie jak „Motor” nie zachwyciło. Ich doskonała forma w ostatniej fazie sezonu i spora ilość zgromadzonych punktów była dla mnie zaskoczeniem. W latach 70. i 80. mówiło się nieraz, że „Zagłębie” z ekstraklasy nie spadnie, bo jest popierane przez prominentnych towarzyszy. Ponoć w 1974 roku przed degradacją uchronił zagłębiaków sam I sekretarz KC PZPR Edward Gierek. Całkiem możliwe, że w 1981 roku także otrzymali bliżej nieokreślone wsparcie, choć sam Gierek był już wyautowany.
Nasze nadzieje trwały krótko, bowiem w następnych trzech spotkaniach „Odra” nie zdobyła nawet punktu, przegrywając kolejno z „Lechem”, „Wisłą” i „Arką”. Na nic zdały się zwycięstwa z „ŁKS-em” i mielecką „Stalą”. Na pięć kolejek przed zakończeniem sezonu mieliśmy już tylko matematyczne szanse, tracąc do bezpiecznej strefy 5 punktów (wtedy za zwycięstwo przyznawano tylko dwa punkty). Czarę goryczy przechylił przegrany mecz z „Górnikiem” Zabrze 0:2. Gdy w 27 kolejce ulegliśmy na własnym boisku „Śląskowi” 0:1 degradacja do II ligi stała się faktem. Z ekstraklasą pożegnaliśmy się z honorem wygrywając ostatni mecz na swoim boisku z „Zawiszą” Bydgoszcz 1:0 oraz remisując w ostatniej kolejce na wyjeździe z „Legią” 1:1. W wiadomościach sportowych w „Dzienniku” można było zobaczyć bramki z tego spotkania. Ostatnie mecze w ekstraklasie cieszyły się nikłym zainteresowaniem kibiców. Pojedynki z „Zagłębiem” Sosnowiec, „Stalą” Mielec i „Śląskiem” Wrocław oglądało około 2 tysiące widzów. Na pożegnalny występ opolan z „Zawiszą” przybyła półtysięczna garstka najwierniejszych fanów. Tego spotkania nie mogłem niestety zobaczyć, ponieważ w tym czasie byłem na kilkudniowej wycieczce szkolnej.
Ostatnim meczem tego nieudanego sezonu był półfinał Pucharu Polski z „Legią” Warszawa. To spotkanie pamiętam doskonale przynajmniej z kilku powodów. Ranga meczu była spora. „Odra” po raz pierwszy miała szanse awansować do finału Pucharu Polski. Mogło to choć po części ukoić ból po degradacji do niższej klasy rozgrywkowej. Faworytem byli oczywiście legioniści, jednak biorąc pod uwagę, że kilka dni wcześniej zremisowaliśmy na Łazienkowskiej nie byliśmy bez szans. Do Opola przyjechała spora grupa kibiców z Warszawy. Muszę przyznać, że zrobili na mnie bardzo złe wrażenie. Byli agresywni, wulgarni, ot, typowi kibole. Siedzieli na stadionie dokładnie w tym samym miejscu, gdzie obecnie przyjezdni kibice. Niestety przegraliśmy 0:2. Trzeba przyznać obiektywnie, że tego dnia „Legia” była lepsza. Miała zresztą znacznie większy potencjał niż nasza drużyna. W tym czasie grali w niej m.in. tak znani piłkarze, jak: Janas, Majewski, Miłoszewicz, Adamczyk, Kusto i Okoński. W czasie drugiej połowy spotkania zaczęło nagle mocno lać. Wielu kibiców, w tym także ja, uciekło pod budowany zegar koło basenu. Wtedy to właśnie doszło do bardzo nieprzyjemnego wydarzenia. Obrońca „Legii” Edward Załężny po bezpardonowym ataku złamał nogę Andrzejowi Marcolowi. Na boisku pojawiła się karetka, mecz przerwano na kilka minut. Co ciekawe, sędzie dał Załężnemu tylko żółtą kartkę. Przedziwne, przecież widział, co się stało. Załężny był znanym ligowym rzeźnikiem. Przez niego niejeden piłkarz nabawił się ciężkiej kontuzji. Podobno był to nie pierwszy przypadek, że złamał nogę innemu zawodnikowi. Tym bardziej dziwiła pobłażliwa reakcja sędziego. Mniej więcej w tym czasie o mało nie doszło do regularnej bitwy pomiędzy kibicami „Odry” i „Legii”.
Nasi w sporej masie ruszyli w kierunki ich sektora i niechybnie doszłoby do jatki, gdyby nie interwencja milicji. Tak przy okazji, panów z tarczami i pałkami było na tym meczu naprawdę sporo. Bynajmniej nikogo to nie dziwiło, gdyż w tamtym czasie „Legia” była w Opolu bodaj najbardziej znienawidzonym klubem. Specjalny oddział milicji utworzył kordon, aby nie dopuścić do zwarcia między zwaśnionymi grupami. Nasi po krótkiej potyczce postanowili się wycofać, gdyż zorientowali się, że milicjantów jest zbyt dużo i nie będą w stanie przedrzeć się do kiboli „Legii”, aby dobrać im się do skóry. Skończyło się tylko na ustnej wymianie „uprzejmości” w postaci różnych przyśpiewek. Mecz zakończył się wprawdzie naszą porażką, jednak, generalnie rzecz biorąc, dotarcie do półfinału pucharu można uznać za sukces naszej drużyny, wszak wcześniej pokonaliśmy na wyjeździe kilku wymagających przeciwników („Piast” Gliwice, „Stal” Mielec, „Polonia” Bytom). 
W czasie ostatnich spotkań w ekstraklasie z dopingiem na stadionie nie było najlepiej. Swoje zrobiły przed wszystkim nie najlepsze wyniki drużyny. W tym czasie nasi szalikowcy trzymali najbardziej z „Lechem” Poznań i „Wisłą” Kraków. Później te sympatie z różnych względów nieco się zmieniły. Największą niechęcią darzono „Legię” i „Śląska”. Wiosną 1981 roku pomimo niezbyt korzystnych wyników nie sposób było odmówić drużynie ambicji i zaangażowania. Nawet w momencie, gdy degradacja stała się nieunikniona „Odra” walczyła nieustępliwie o każdy punkt. Dotkliwie przekonał się o tym „Zawisza”, który w wyniku porażki z naszą drużyną podzielił los „Odry”. Gdyby wygrał na Oleskiej w przedostatniej kolejce jego los byłby zgoła odmienny. Nie był to koniec pecha bydgoszczan, ponieważ w kolejnym sezonie zaliczyli spadek do III ligi - na mecie rozgrywek zabrakło im jednego punktu do utrzymania. Po zakończeniu sezonu miałem nadzieję, że za rok będziemy świętować powrót do ekstraklasy. Swoje przekonanie opierałem na dwóch przesłankach. Po pierwsze „Odra” zazwyczaj po degradacji szybko wracała do piłkarskiej elity. Wtedy normą było to, że graliśmy w ekstraklasie. Po wtóre, runda wiosenna przyniosła pewien niewielki powiew optymizmu. Drużyna grała nieco lepiej niż jesienią, zdobyła 11 punktów wobec 7 w pierwszej części sezonu. Niestety były to tylko płonne nadzieje.
Wspomnienia spisał: Aleksander Filipowski - wieloletni kibic opolskiej Odry

